Modlitwa katechety

Jest poniedziałek. Czekam na stacji Gdynia Główna na pociąg SKM w stronę Gdańska Głównego. Od kilku miesięcy mieszkam w Gdyni. Blisko pół godziny jazdy do ukochanego miasta, spędzam albo słuchając spokojnej muzyki, albo czytając kolejną już książkę z tych dziedziny „tych moich ulubionych”. Wysiadam na stacji, idę dalej podziemnym tunelem, wychodzę obok kina, za którego budynkiem znajduje się jeden z wielu gdańskich, starych kościołów. Bocznym wejściem wchodzę do kaplicy adoracji, gdzie księża każdego dnia od wczesnych godzin porannych aż do późnych wieczornych siedzą w konfesjonale i spowiadają. Czasami kolejka do spowiedzi jest dłuższa, czasami (ale bardzo rzadko) nikt przy konfesjonale nie stoi. Za to zawsze ktoś siedzi lub klęczy w ławce, bo na ołtarzu wystawiony jest Najświętszy Sakrament.

Piękny – niedawno odnowiony – kościół św. Józefa od wielu lat jest dla mnie bardzo ważnym miejscem na mapie Trójmiasta. To tutaj, gdy byłem w szkole policealnej, jeżdżąc wcześnie rano na praktyki, zachodziłem często na modlitwę. Po wielu latach, gdy wróciłem do Trójmiasta, staram się raz w tygodniu, o ile obowiązki mi na to pozwalają przyjechać tutaj i pomodlić się przed Najświętszym Sakramentem. Dlaczego? Bo to dla mnie ważne i bardzo potrzebne.

Oczywiście mam tę radość, że w moim domu zakonnym jest kaplica, i mógłbym robić dla siebie wystawienie każdego dnia, ale jestem z tych ludzi, którzy muszą raz na jakiś czas wybrać się gdzieś indziej, aby się pomodlić. Po prostu wyjść z domu, udać się w małą pielgrzymkę i w konkretnym miejscu pobyć przed Bogiem.

Wyjście z domu, to również okazja, aby w drodze trochę wsłuchać się w samego siebie, w to, co mi gra w duszy, czym teraz żyję, o czym chcę Bogu powiedzieć, gdy dojadę na miejsce. Pomaga przy tym spokojna muzyka i odpowiednia lektura. U mnie z tą lekturą jest tak, że albo ona dotyczy ściśle treści związanych z wiarą, albo… z alpinizmem. Jakoś te dwie dziedziny literatury ostatnio bardzo mnie interesują. Czasami sama podróż już jest okazją do modlitwy. Różaniec w kolejce to również ciekawe doświadczenie. Sądzę, że wielu z nas modli się w drodze, czy to do pracy, w drodze na zakupy, jednak czy to nam wystarczy?

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Otóż czy czasami mieliście ochotę rzucić wszystko i pobyć samemu? Albo może szukacie jakiejś sposobności do tego, aby pewne sprawy na spokojnie przemodlić? W tłoku różnych naszych spotkań, kartkówek, krzyku na korytarzach, czasami nieporozumień z dyrekcją, albo w momencie, gdy przeżywamy nieswoje problemy, bo uczniowie jasno o nich nam mówią… nagle okazuje się, że musimy o tym komuś powiedzieć. Tym kimś może być inny nauczyciel, ale również może nim być Pan Bóg. I jako ludzie wierzący, szukamy Go na modlitwie. Pan Bóg jest tym, który zawsze słucha. Może niekiedy nie jesteśmy w stanie usłyszeć Jego odpowiedzi, ale możemy mieć przynajmniej tę pewność, że każda nasza modlitwa jest wysłuchana.
O tym jestem święcie przekonany.

Stacja Gdańsk Główny. Wielu ludzi spieszy się, jedni na pociąg, inni na autobus, ktoś jeszcze wbiega schodami w górę na przystanek tramwajowy. Wszystkim nam towarzyszy pośpiech. Kiedy pracowałem swego czasu w Warszawie pośpiech ten był szczególnie widoczny w porannych i popołudniowych godzinach szczytu w metrze. Ludzie wbiegający i zbiegający ze schodów, obowiązkowo wolna lewa strona na ruchomych schodach dla tych, którzy szybko chcą dostać się na peron lub z niego wyjść. Wielu ludzi trzyma w rękach kubki z kawą kupioną w kiosku. Wszędzie tłok i pośpiech. Ktoś spóźnia się na kolejkę metra, drzwi zamykają mu się przed nosem, pojawia się zdanie nie za bardzo pochwalające maszynistę, który odjeżdża z peronu, ale spokojnie, bo za kilkanaście, kilkadziesiąt sekund nadjeżdża nowy skład.

Niestety żyjemy w ciągłym pośpiechu, który często nie jest od nas zależny. Mamy czas od – do. Od tej, do tej godziny musimy dostać się do pracy. Od tej, do tej jesteśmy w szkole, czy też często zostajemy po godzinach. Wieczorny powrót do domu również może nie należeć do ciekawych, bo znowu jesteśmy w tłoku, znowu się śpieszymy. I gdzie tu znaleźć czas na modlitwę?

Trzeba spróbować. Powalczyć o mój czas dla Pana Boga. I starać się, aby każdego dnia spotkać się z Nim.

Kiedy myślę o modlitwie katechety, to sądzę, że pojawia się jakieś ryzyko definiowania jej, jako coś specjalnego, jakiś skonkretyzowany sposób spotkania
z Bogiem. Czasami też inni ludzie, mogą nas postrzegać w taki sposób, który mówi im, że skoro ktoś jest katechetą, to ma on na pewno sprawdzony przepis na dobrą, spokojną modlitwę, no i w ogóle on sam nie ma z nią żadnego problemu. A przecież doskonale wiemy, że nie jesteśmy nadzwyczajnymi cyborgami, które nie mają problemów ze skupieniem, czy  rozproszeniami. Mamy swoje przeżycia i dramaty, którymi żyjemy. Czasami trudno nam jest zabrać się za modlitwę, bo nasze codzienne sprawy tak nam zaprzątają uwagę, że możemy w ogóle nie myśleć o modlitwie.

Jednak również z tymi naszymi trudnymi sprawami warto stanąć przed Panem Bogiem i po prostu o nich opowiedzieć.

Chciałbym zaproponować kilka sposobów modlitwy, które osobiście uważam, że w wielu kwestiach bardzo mi pomogły. Będą to adoracja, modlitwa, na którą składa się dziękczynienie, prośba, przebłaganie i wychwalanie, oraz na sam koniec medytacja ignacjańska.

O adoracji trochę już wcześniej napisałem. Dodam tylko kilka słów. Adoracja to dla mnie, obok uczestnictwa w Eucharystii, ważny czas podczas tygodnia. Na Adoracji klęczę przed samym Bogiem, który jest pod postacią chleba. Nie przeszkadza mi wtedy obecność innych ludzi, a wprost przeciwnie – pomaga mi ona w mojej osobistej modlitwie. Mam też wtedy przeświadczenie, że chociaż każdy modli się osobno, to jednak jest to nasza wspólna modlitwa. Wiem, że nie jestem sam, ale z drugiej strony czuję, że Jezus i ja jesteśmy w tym czasie bezpośrednio przy sobie. I wiem, że mogę Mu wszystko powiedzieć, o wszystko Go zapytać, wygadać się, wypłakać i prosić.

Inny sposób modlitwy, który staram się praktykować to taka modlitwa, w której na początku staram się zobaczyć, co w danym czasie (dniu, tygodniu czy miesiącu) było dla mnie niesamowitym błogosławieństwem ze strony Pana Boga. I przechodząc przez konkretne wydarzenia, spotkania i rozmowy, robiąc rachunek sumienia, widzę, jak Pan Bóg niepostrzeżenie niekiedy jest i działa w konkretnych sytuacjach i prowadzi je po swojemu. W ogóle cały ten schemat, bowiem kolejny etap to prośba, przebłaganie i wychwalanie Pana Boga bardzo jest podobny do Ignacjańskiego Rachunku Sumienia. W sumie nie tyle podobny, co wywodzący się z niego. Święty Ignacy z Loyoli w książeczce Ćwiczeń Duchowych, proponuje Szczegółowy i Ogólny Rachunek Sumienia. W tym momencie będę skupiał się wyłącznie na Ogólnym Rachunku Sumienia. Sądzę, że szczegółowy będzie dobrym tematem na jeden z następnych arytukułów. Przechodząc do sedna, św. Ignacy proponuje w tym Rachunku Sumienia następujące kroki:

  1. Dziękować Panu Bogu naszemu za otrzymane dobrodziejstwa;
  2. Prosić o łaskę poznania grzechów i odrzucenia ich precz;
  3. Żądać od duszy swojej zdania sprawy od godziny wstania aż do chwili obecnego rachunku. Czynić to przechodząc godzinę po godzinie lub jedną porę dnia po drugiej, a najpierw co do myśli, potem co do słów, a wreszcie co do uczynków;
  4. Prosić Pana Boga naszego o przebaczenie win;
  5. Postanowić poprawę przy Jego łasce.

Tych pięć punktów jest dla mnie od wielu lat pomocą w moim odkrywaniu pana Boga na co dzień. Dlaczego, a swoją drogą, są one pomocne w przygotowaniu się do sakramentu pojednania. Dlaczego tak ważne jest, aby na samym początku zobaczyć to, co w danym okresie czasu było dobre? Tradycyjne podejście do Rachunku Sumienia, polega na badaniu i wyciąganiu tylko i wyłącznie tego, co w moim życiu jest negatywne i złe. Pojawia się wtedy ryzyko skrajnie negatywnego podejścia do siebie. Zaczyna się wyliczanka swoich słabości, niewierności, braków, grzechów itp. To samo również pojawia się w Ignacjańskim Rachunku Sumienia, ale to, co je różni, to jest przyglądanie się postawie Pana Boga. Dlatego zaczynamy Ogólny Rachunek Sumienia od uświadomienia sobie dobra, które jest wśród nas obecne, aby potem zobaczyć, jak tym dobrem się żyje, jak się je dalej przekazuje i w ogóle, jak się na nie odpowiada. Przede wszystkim ten rodzaj modlitwy ukazuje nam podstawową cechę Pana Boga, to znaczy Jego miłość. W tej modlitwie patrzę na to, jak pan Bóg mnie kocha. Skoro wszelkie dobro pochodzi od Pana Boga, to znaczy, że patrząc na nie już na samym początku modlitwy, doświadczam niesamowitej miłości Najwyższego. Z tym doświadczeniem przechodzę dalej, czyli krok po kroku poznaję moją odpowiedź na Jego dobro. A tą odpowiedzią niestety nie zawsze jest miłość. Z żalem muszę stwierdzić, że często na miłość Boga i dobro, które pojawia się w moim życiu, niestety odpowiadam grzechem. Często bardzo nieświadomie. Dlatego mogę podjąć kolejny krok, czyli poznać swój grzech, postarać się z nim zerwać, prosić dobrego Boga o przebaczenie i łaskę wytrwania w dobru.

Jak pewnie zauważyliście, nie ma w tym schemacie wychwalania Boga.
Jednak, czy naprawdę? Już sam początek, czyli szukanie dobra, które ma miejsce w moim życiu, może być dobrym przyczynkiem do wychwalania naszego Stwórcy. Otrzymuję od Boga tak wiele dobra, każdego dnia. Podczas modlitwy mogę to dobro zauważyć, czy też konkretnie sobie nazwać. Mogę za nie podziękować i prosić o więcej. Ale przede wszystkim mogę zobaczyć, co z tym dobrem dalej robię. Dlatego też badam swoje sumienie. Taki Rachunek Sumienia pozwala mi przede wszystkich zobaczyć, jak Pan Bóg jest dobry i co mogę zmienić w sobie, aby jeszcze lepiej Bogu i ludziom odwdzięczyć się dobrem za dobro. Mogę, widząc tak wiele łask otrzymanych od Niego, już w trakcie ich poznawania wielbić Boga.

Co ciekawe, na taką modlitwą w ogóle nie potrzeba wiele czasu. To nie jest sposób na modlitwę dłuższą niż kwadrans. Tyle czasu zaleca się na nią rekolektantom podczas rekolekcji ignacjańskich. Za to kładzie się nacisk na to, aby podczas rekolekcji był to jeden ze stałych punktów dnia, a właściwie taki, z którego nie można zrezygnować.

Ostatni sposób modlitwy, który chciałbym zaprezentować, to medytacja ignacjańska. Ponownie sięgniemy do świętego Ignacego z Loyoli. W sumie, to chyba naturalne, skoro autorem artykułu jest jezuita. A tak już na poważnie, to metoda modlitwy, o której możecie przeczytać poniżej, jest dla mnie osobiście sposobem głębokiego spotkania się z Chrystusem. Niewątpliwie doświadczenie tego rodzaju modlitwy wypływa z miesięcznych rekolekcji, które każdy z jezuitów przeżywa na samym początku swojego życia zakonnego. Również osoby świeckie często biorą udział w rekolekcjach ignacjańskich.  O samych rekolekcjach również warto będzie kiedyś osobno napisać.

Co jest potrzebne dla dobrej medytacji? Dla mnie osobiście, to miejsce odosobnienia. Znam takich ludzi, którzy potrafią medytować w swoim pokoju. Dla mnie byłoby tam za dużo rozproszeń. Dlatego też staram się modlić poza pokojem. Kolejna sprawa, to Pismo Święte – ono jest dla mnie w tym momencie najważniejszą pomocą w modlitwie. Przed rozpoczęciem wartko kilka razy przeczytać sobie fragment, którym chcę posłużyć się w tym czasie. Można wykorzystać np. propozycje czytań liturgicznych przygotowanych na konkretny dzień. Zabierając się do tego, warto dany tekst przeczytać kilkakrotnie, w spokoju i szukać pewnych wyrażeń, czy też całych zdań, które w tym momencie mojego życia mnie poruszają. Można też zapisać sobie gdzieś na osobnym miejscu to, co w danym tekście mnie porusza. Czasami będzie to powodem do radości, czasami do zastanowienia. Tekst Pisma może mi się wydawać takim, który dosłownie punktuje moje złe zachowanie. Jeżeli takie poruszenia pojawiają się na samym początku, jeszcze  przed rozpoczęciem modlitwy, to znaczy, że być może warto się temu przyjrzeć.

Zauważcie, że to wszystko dzieje się jeszcze przed samą modlitwą. Z takim przygotowaniem, staram się rozpocząć moją modlitwę. Najpierw szukam odpowiedniego miejsca, o czym była już mowa wcześniej i odpowiedniej pory. Ktoś lubi medytować na klęcząco, inna osoba siedząc na krześle. Ja natomiast lubię usiąść po turecku. Postawa ciała na modlitwie ma mi pomagać w skupieniu i w jak najlepszym przeżyciu tego czasu. Spotkałem się kiedyś z tym, że jeden z moich współbraci, podczas tej modlitwy lubił po prostu spacerować po pokoju, czy zakonnym oratorium.

Zobaczcie, że dopiero teraz dochodzimy do początku modlitwy. Tutaj potrzeba jest wewnętrznego wyciszenia i uświadomienia sobie tego, że jest się obecnym przed Panem Bogiem. On już tu jest. W tym czasie prosimy Ducha Świętego o Jego prowadzenie i otwartość na boże poruszenia o uczciwość na modlitwie, o nasze czyste intencje i o to, aby wszystkie czyny, decyzje i zamiary były w sposób czysty zgodne z wolą Bożą (ĆD 46).

W kolejnym kroku modlitwy używam swojej wyobraźni. Staram się wyobrazić sytuację z Pisma Świętego, a nawet wyobrazić siebie, jako uczestnika tej historii.

Dalej proszę Boga o to, czego chcę i pragnę (ĆD 48).

W dalszej części staram się skupić na tym, co w tym momencie pojawia się w mojej duszy pod wpływem wcześniej wybranego tekstu. Staram się wsłuchiwać w Boży głos w moim sercu. Pan Bóg będzie pokazywał różne rzeczy w czasie tej modlitwy. Czasami mogą się one pojawić na samym jej końcu. Ważne jest, aby to, co doświadczamy i przeżywamy w tym czasie miało konkretne odzwierciedlenie w moim życiu. Dlatego też podczas medytacji mogę sobie zadać pytanie o to, jak to, co pokazuje mi Bóg jest we mnie obecne. Czy np. staram się naśladować apostołów w tym, jak oni głosili Zmartwychwstałego? Czy jest we mnie więcej z bliblijnej Marty, czy Marii? Czy przypatrując się historii św. Szczepana miałbym taką samą odwagę trwania w wierze, czy nie?

Niesamowicie ważna jest tutaj rozmowa końcowa, czyli czas, w którym mogę Bogu opowiedzieć o tym, co zobaczyłem w sobie podczas tej modlitwy. To, co św. Ignacy zaznacza w tym punkcie, to takie szczególne podejście do Pana Boga, aby rozmawiać z Nim w taki sposób, jak przyjaciel mówi do przyjaciela, lub jak sługa do pana, raz prosząc o jakąś łaskę, to znów się obwiniając z powodu uczynionego zła, a czasem przedstawiając swe sprawy i prosząc o radę (ĆD 54).

Po zakończonej modlitwie trzeba jeszcze zrobić refleksję nad tym, co się w tym czasie wydarzyło.

Wiem, że to wszystko, co zostało przeze mnie napisane, co dotyczy medytacji może na pierwszy rzut oka wydać się skomplikowane, lub chaotyczne. Niekiedy dla początkujących osób, może być również trudne. Polecam w tej kwestii, aby zaryzykować i udać się do któregoś z jezuickich domów rekolekcyjnych na pierwszy etap Ćwiczeń Duchowych, czyli pięciodniowy Fundament. Potem może się okazać, że metoda medytacji ignacjańskiej stanie się jednym z ulubionych sposobów modlitwy.

Kończąc ten artykuł chciałbym zaznaczyć, że opisane przeze mnie metody modlitwy są tymi, które osobiście staram się praktykować. Może nie zawsze wychodzą mi one idealnie. Czasami modlę się nimi na przemian. To, co jednak staram się praktykować, to sięganie do Pisma Świętego i w ramach Rachunku Sumienia, również modlitwę za moich uczniów.

Kościół katolicki i jego Tradycja dają wiele możliwość głębszego spotkania się z Panem Bogiem. Każdy z nas szuka takiego sposobu, który mu najbardziej odpowiada. A jaka jest Twoja metoda modlitwy?

 

***

Artykuł ukazał się w Czasopismie Katecheza nr 4 (lipiec 2020): https://www.czasopismokatecheza.pl/artykul/modlitwa-katechety

foto: https://radoscewangelii.pl/modlitwa/

Dodaj komentarz